Gdy jesteś przebudzony, jesteś jednością. Gdy zasypiasz, stajesz się wielością. Zauważyłeś to? We śnie tyle ról odgrywasz jednocześnie. Rankiem, gdy się budzisz, jesteś jednością. We śnie jesteś tym, który śni, jesteś tym, co jest śnione; jesteś kierownikiem snu, jesteś aktorem, jesteś opowieścią, jesteś sceną i jesteś też publicznością. Stajesz się wielością, ulegasz rozpadowi, stajesz się tłumem. We śnie przestajesz być jednością. Gdy budzisz się, nagle kierownik, aktor, opowieść, scena, dramat, publiczność, to, co jest śnione i ten, kto śni, wszystko znika w jednej jedności. Hindusi nazywają cały ten świat krainą snu, maya. Śpimy bardzo głęboko. Dlatego poszukiwanie jedności, albo poszukiwanie uważności jest tym samym; bo stając się uważnym, stajesz się jednością - albo, stając się jednością stajesz się uważny. .
Wkrótce i oddychało pracowicie przez sen swymi wąskimi piersiami,. Utrzymywać.. Potem zaczął zamiatać korytarze. Zbierał papierki i wsuwał za fartuch na piersiach, zaglądał do ustępów, sprzątał, wycierał, a wciąż śpiewał półgłosem. Już pozamiatał i wyczyścił posadzkę na drugim piętrze, już doszedł do połowy pierwszego piętra, kiedy posłyszał czyjeś kroki na schodach.. Konieczność zdążenia z felietonem przed zamknięciem numeru powodowała, że prosto z sądu, nieraz bez obiadu, biegłem do redakcji. Przeniosła się ona już wtedy z ciasnych pokoików na Nowym Świecie do własnego pięknego gmachu przy Marszałkowskiej 3/5/7, tam gdzie dziś mieści się "Życie Warszawy". Nowy, specjalnie przebudowany z fabryki dywanów, budynek zawierał oprócz wspaniale urządzonej części redakcyjnej, połączonej bezpośrednio z zecernią lino-typową i ręczną, wielką halę maszyn oraz ekspedycję i inne przyległości, konieczne dla wielkiego już teraz wydawnictwa, które przybrało nazwę: Dom Prasy. Jakie to było niepodobne do starego lokalu ,czerwoniaków"! Nowe warunki spowodowały inny zgoła porządek w pracy dziennikarskiej. Dawniej przy jednym biurku tłoczyło się po kilku kolegów, czekając niejednokrotnie na ciepłe jeszcze miejsce. Teraz dostojne, przeszklone kryształowymi szybami gabinety służyły za miejsce pracy dwóm, a najwyżej trzem dziennikarzom. Dawniej bodźcem nakłaniającym do punktualnego przychodzenia była nieduża szafka, zawierająca butelkę francuskiego koniaku i kanapki z kawiorem. Kto przychodził przed wyznaczoną godziną, otrzymywał od zarządzającej tymi skarbami bufetowej, monumentalnej pani Zofii, kieliszek koniaku i dwie kanapki. Po wybiciu tej godziny szafka była zamykana i żadne prośby nie pomagały. O wysokoprocentowym bodźcu mającym na celu wprowadzenie się w trans pracy nie było już mowy. Na Marszałkowskiej szafkę zastąpiły dzwonki. One to uprzedzały o zbliżającym się terminie zamknięcia numeru, one zmuszały do punktualnego przychodzenia. Osobiście nie byłem związany takimi rygorami jak koledzy opracowujący bieżący numer, musiałem tylko zdążyć z felietonem na ostatni dzwonek. To spowodowało u mnie tak zwany odruch warunkowy. Bez tego miecza Damoklesa wiszącego nad głową nie potrafiłem pisać. Siedziałem w wygodnym zresztą fotelu, obserwowałem przez szklaną ścianę zawrotne tempo redakcyjnego życia na korytarzu, a do roboty wziąć się jakoś nie mogłem. Dopiero zbliżające się nieuchronnie ostatnie momenty oddawania rękopisu podrywały mnie do czynu. Tytuł pisałem często biegnąc przez korytarz do zecerni. To niestety pozostało mi do dziś, nie potrafię pracować; na zapas, do szuflady. Muszę czuć w powietrzu ten ostatni dzwonek. To między innymi spowodowało, że słowa niniejsze docierają do Czytelnika z dwuletnim opóźnieniem. Nie mogłem się jakoś zabrać do tego pamiętnika. Za długi dostałem termin od wydawców. Przypuszczam, że to jakaś choroba woli, chociaż żona twierdzi, że tego rodzaju chory nazywa się po prostu leń patentowany. W skład ówczesnej redakcji oprócz kilku wybitnych starszych dziennikarzy wchodziła sama młodzież. Zdolna, bystra, umiejąca wycisnąć interesujący szczegół z najbardziej suchej wiadomości i podać ją pod sensacyjnym tytułem. Za najlepszy zresztą tytuł w numerze redakcja dawała premie - dwadzieścia pięć złotych. Było to dużo pieniędzy, na przykład para bardzo porządnych półbutów gorszych dwie. Chociaż czasem bywały z tymi tytułami kłopoty. Jedna z koleżanek, chcąc ozdobić wyszukanym nagłówkiem sprawozdanie z wystawy drobiu i zwierząt futerkowych w ogrodzie na Bagateli, napisała: Skrzydlaci i futerkowi dygnitarze na wystawie drobiu. Tytuł, owszem, nieprzeciętny, ale stał się powodem pewnych perturbacji dla redakcji. Mianowicie zaraz pod nim umieszczona została fotografia z otwarcia, przedstawiająca komitet wystawy i zaproszone wysoko postawione osobistości, wśród nich prezydenta miasta Starzyńskiego. Po ukazaniu się numeru z tym artykułem naczelny redaktor Butkiewicz otrzymał telefon: - Tu Starzyński, powiedzcie mi, za jakiego dygnitarza mnie uważacie, za skrzydlatego czy za futerkowego? Na szczęście prezydent Stefan Starzyński miał wielkie poczucie humoru i nie obraził się. Skończyło się tylko na uwadze Butkiewicza pod adresem redakcji, żeby staranniej koordynowała zdjęcia z tytułami. Chochlik drukarski płatał czasem "czerwoniakom" dotkliwsze figle. Oto pewnego dnia na pierwszej stronie "Expressu Porannego" ukazała się mowa ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego. Na końcu pierwszej szpalty wśród wynurzeń ministra na temat sytuacji w Europie widniało zdanie: "Tango Kataszka - Ja cierpię dolę." Wybuchł wielki skandal połączony z dochodzeniem policyjnym. Nawet ja byłem pytany, czy w jakimś ze swoich felietonów nie użyłem tego zwrotu, który potem zaplątał się w mowę ministra. Odrzuciłem to pomówienie z oburzeniem - nie wtrącam się do polityki i niemuzykalny jestem. Na razie podejrzewano nawet sabotaż, ale się okazało, że to po prostu któryś z zecerów dla zabawy wystukał sobie na linotypie to figlarne zdanko, które jakoś zawędrowało do wynurzeń ministra Zaleskiego. Winne były po prostu pośpiech i korekta, No imoże ten drań chochlik.. - Posłuchajcie! - zawołał. Wy wszyscy, chrześcijanie, posłuchajcie! Jeśli ktoś zabił swego jedynego syna, syna, który go kochał i ufał mu bezgranicznie, który był krwią jego krwi i kością jego kości, jeśli syna swego wtrącił w potworną otchłań kłamstwem i oszustwem - czy dla człowieka takiego może istnieć zbawienie na ziemi albo w niebie? Wyznałem grzech swój przed Bogiem i ludźmi i odcierpiałem karę nałożoną mi przez ludzi, a oni mnie uwolnili, ale kiedy powie mi Bóg, że już dosyć tej męki... Jakie błogosławieństwo zwolni duszę mą od tej klątwy? Jakie rozgrzeszenie zdoła zmazać to, co uczyniłem? W śmiertelnej ciszy, jaka nastąpiła po tym wybuchu, lud zwrócił oczy na Montanellego i ujrzał, jak krzyż szybko wznosił się i opadał na jego falującej piersi. Nareszcie podniósł oczy i drżącą ręką udzielił błogosławieństwa.. . - To dziwne, że mówi coś takiego, ponieważ nie jest specjalistą w tej dziedzinie i nie zna się na tym. Nasz artykuł w "Nature Genetics" był recenzowany przez specjalistów. Przed zabieraniem się do krytyki naszych badań należało go najpierw przeczytać. Iwanow ma żal do Maplesa, ponieważ jego atak nastąpił wkrótce po wspólnym lunchu w Aldermaston:. Niedzielna Msza jest więc ulubionym miejscem Pana Boga, kiedy to chce On zasiąść z nami przy odświętnie zastawionym stole, aby wspomnieć i uroczyście przeżyć miłość, jaka nas łączy. Pan Jezus podczas tego spotkanie mówi ze wzruszeniem: "Przypomnij sobie ten dzień, w którym umarłem za ciebie na krzyżu, aby potem zmartwychwstać i otworzyć przed tobą serce, z którego płynie wieczne życie. Pamiętasz jak pierwszy raz, dotarło do ciebie moje wyznanie miłości; ten moment, kiedy przyjmując moje Ciało przeczułeś jak wielką tajemnicę kochającego serca kryje w sobie ten dar"..